Myślałem, że dziś będę z siebie dumny. A tymczasem od rana toczyłem najtrudniejszą walkę — nie z dystansem, nie z pogodą, ale… z samym sobą. Moja głowa pracowała na najwyższych obrotach. Wymówki? Kreatywność level master. Każdy powód wydawał się wystarczająco dobry, żeby zostać w domu. Jeszcze chwila. Jeszcze kawa. Jeszcze moment… Aż w końcu wyszedłem. Pierwsze metry? Katastrofa. Nogi ciężkie jak z ołowiu. Każdy krok mówił: „zawróć”. I wiesz co? Mówię to głośno — nie zawsze jest pięknie. Nie zawsze wychodzi. Nie każdy wysiłek kończy się sukcesem. Nie za każdym razem stajesz na podium. I to jest w porządku. Bo przypomniałem sobie coś ważnego. Dwa lata temu — wczesny poranek, trasa z Kwidzyna do Grudziądza, finisz przy ławeczce Kopernika. Dałem radę.
Ale kilka lat wcześniej? Pobiegłem z Mokrego do Tczewa… i nie dobiegłem. Bywa różnie. I właśnie dlatego dziś wiem jedno — nie mogę sobie pozwolić na odpuszczanie marzeń. Nie dlatego, że zawsze wygrywam. Tylko dlatego, że kiedyś może zabraknąć tego jednego dnia, tej jednej szansy. Dlatego zaciskam pięści i robię swoje. Nawet wtedy, kiedy się nie chce. Zwłaszcza wtedy.
„Przyjaciel — ktoś, przed kim można głośno myśleć.”
— Ralph Waldo Emerson
Dziś tym przyjacielem byłem dla samego siebie. A Ty? Dzisiaj odpuścisz… czy jednak zrobisz ten pierwszy krok? 💭
