Dzisiaj nie popełniamy żadnego z poprzednich naszych błędów. Wstajemy rano, jesteśmy zdyscyplinowani. Magda stara się trzymać cukry na uwięzi. Sensor rano pokazuje ok 90 – kalibracja i można jeść. Trzymamy się zasady, że kalibrujemy minimum 3 razy dziennie, dużo pijemy wody i jesteśmy aktywni fizycznie. Do tego trzeba dorzucić odrobine zdrowego rozsądku i przewidywanie tego co się może stać. Dzisiaj w planie dzień lajtowy.

Spływamy Dunajcem, a potem idziemy na Sokolicę. Sokolica wznosi się 747 m.n.p.m. Szczyt w północno-wschodniej części Pienin Środkowych, w tzw. Pieninkach. Od sąsiedniego, leżącego w tej samej grani Czertezika oddziela ją przełęcz Sosnów. Geologicznie jest to część Pienińskiego Pasa Skałkowego, zbudowana z odpornych na wietrzenie wapieni rogowcowych. Północne stoki porasta las bukowo-jodłowy, na szczycie występują reliktowe sosny (najstarsza ma ok. 500 lat). Natomiast południowe, skalne ściany opadają prawie pionowo, uskokami w 310-metrową przepaść do przełomu Dunajca. Sam spływ już jest niebywałą atrakcją. Płyniemy po raz kolejny i po raz kolejny odkrywamy nowe, wspaniałe widoki. Malowniczy fragment przełomu to to, co nakazuje wracać w to samo miejsce. Barwne opowieści flisaków ubogacają ponad dwugodzinny rejs. Dopływamy do Krościenka cali i zdrowi. Nic z obietnic flisów nie sprawdziło się. To dobrze, spotkamy się jeszcze kiedyś. A teraz przegląd pompy i szacowanie dystansu. Planujemy wejść zielonym szlakiem wzdłuż Dunajca idąc początkowo ul. Św. Kingi. A potem to już będzie ostro do góry. Ustawiamy bazę na pompie na poziomie 20% na 1 godzinę, bo na tyle przewidujemy ostre podejście. Idziemy. Schody, a właściwie wchody. Nie kończące się wchody. Miejscami są poręcze ułatwiające podciąganie się. Temperatura na spływie doskwierała, natomiast przy podejściu las skutecznie osłaniał nas przed bezpośrednim działaniem promieni. Idziemy i zatrzymujemy się i tak cykl za cyklem, od czasu do czasu kontrolując poziom cukru. Sensor sprawdza się – to wielkie udogodnienie. Wystarczy rzut oka na wyświetlacz, na poziom cukru, na strzałki trendów i wiemy co mamy robić. Idziemy i zatrzymujemy się. Dużo pijemy. Nie sposób się nie zasapać. Mamy nadzieję, że na górze będzie nagroda!

Płynąc Dunajcem na Sokolicę spoglądaliśmy zupełnie z innej, nierealnej perspektywy. Z dołu widzieliśmy niewyraźne postaci trzymające się barierek oddzielających od przepaści. Za chwilę będziemy mogli stanąć w innej perspektywie. Niemożliwe, stanie się możliwym. Kontrolujemy poziom cukry częściej niż wczoraj. Nie chcemy popełnić żadnego epizodu z niedocukrzeniem. Dochodzimy do przełęczy Sosnów. Na szczyt mamy jeszcze ok 15 minut ostro pod górę. Tempo zwalnia, robi się coraz ciaśniej i bardziej stromo. Ostatnie metry oporęczowane. Kilka metrów niżej kasa i bilet wstępu. Wchodzimy na szczyt i widok oszałamia. Rekompensuje wszelkie trudy wspinaczki. Na wyciągnięcie ręki mam podręcznikową sosnę, która rośnie tu ponad pięćset lat. W dole jak pudełka zapałek na Dunajcu wirują tratwy. W oddali widać szare wysokie tatrzańskie szczyty. To jest to! Na górze nie ma zbyt wiele miejsca, a wędrowców spragnionych widoków cały czas przybywa. Kilka pamiątkowych zdjęć, sprawdzamy cukier i wracamy. Schodzimy ostrożnie po śliskich kamieniach. Wracamy na przełęcz Sosnów i dalej niebieskim szlakiem w kierunku Krościenka. Niebieski prowadzi na Trzy Korony, ale za chwilę będzie miał odbicie na zielony – musimy uważnie wypatrywać początku szlaku. Uwaga nasza musi się skupiać na każdym kroku. Podłoże jest zmienne. Jest ziemia, są kamienie, jest kamienny grys, wierzchnia warstwa albo jest stabilna albo ucieka spod nóg. Ważne jest obuwie, a tym czasem widzę turystów w klapkach, sandałkach. Zresztą my w tym roku też nie lepsi. Buty sportowe z płaską podeszwą idealne do ślizgów nie są najlepszym rozwiązaniem. Dobrze, że nie pada, bo zrobiłaby się taka pacia, z którą nasze podeszwy nie współpracowałaby.

Niby idziemy w dół, a przed nami kolejne podejście. Zabłądziłem? Mozolnie wspinamy się po wąskich schodach, przepuszczamy schodzących z góry. Dopadła mnie sapka, znowu. Dzisiaj rano nie biegałem. Najzwyczajniej cienki jestem i bez siły, bez mocy. Trzeba być niezłym Herosem, żeby biegać po górach. Póki co, to nie dla mnie. Póki co… ha, dobre. Marcin, Adam, Piotr, Grzegorz i wielu innych – dla mnie jesteście Herosami. Sorry, ale to nie dla mnie, przeliczyłem swoje siły.
Idziemy dalej. Jest coraz przyjemniej. Dookoła cisza. Ta cisza tak otumania, że dostrzegam ją dopiero gdy z dołu zaczyna dochodzić pomruk miasteczka. Przy zejściu ze szlaku stoi bar. Jakieś pięćdziesiąt metrów przed nim unosi się zapach zbożówki, takiej czarnej. Takiej, którą się jadło u nas w domu do placków ziemniaczanych.
Koniec wycieczki – idziemy na obiad. Nasyceni duchowo, oczy napatrzone, teraz coś dla ciała.
To była bardzo dobra wyprawa, ale to jeszcze nie koniec dnia…
